„Choć ciało nasze karmi się tym, co otrzymujemy,

dusza karmi się samym tylko dawaniem”

A. de Saint-Exupery

 

Dawać.

Dawać z serca, bezinteresownie, z samej tylko intencji dawania. Zachęcają mnie do tego wszystkie moje autorytety, zachęca świat w przekonaniach, że dobry ten, kto daje. Zatem daję, obdarzam i… odejmuję sobie…

 

Działam jak system naczyń połączonych – dając pomniejszam moje zasoby, które uzupełniam nerwowo i chytrze kradnąc chwile dla siebie. Zamykam się, by ciecz w systemie nie wyschła do reszty, chronię kolbę ze swoją cieczą, by wystarczyło mnie na jakiekolwiek funkcjonowanie…  Dawać, dawać… Nadal dawać. Służyć, chronić, radzić, słuchać, być, być obecnym, wspierać, dzielić się, karmić… Przecież dusza karmi się samym tylko dawaniem, jak pisze Exupery, Rosenberg zachęca do dawania prosto z serca, Jezus, ha! Jezus oddał wszystko ludziom! Nawet życie! Czy i ja tak mam ofiarować siebie? Upaść i nie wstać? Wypruć żyły i uśmiechać się do ludzi pokazując im otwarte rany dawania?

 

Nie!!!

Nikt tego ode mnie nie oczekuje. Dawanie z serca nie podlega woli. Inaczej jest dawaniem, które pomniejsza, a nie pomnaża. Zorientowałam się, że tak jest całkiem niedawno i to w bardzo dotkliwy sposób. To zazwyczaj boli. Boli ego… Towarzyszy temu wstyd, poczucie winy i strach. Lub co najmniej zakłopotanie, zamrożenie lub dyskomfort. Albo rozczarowanie, poczucie odrzucenia lub niezrozumienia. I jeśli któreś z powyższych pojawia się podczas, gdy dajesz, obdarzasz, to możesz przypuszczać, że Twoje dawanie „z serca” nie jest. Mimo, że myślisz, że jest.

Edyta została poproszona o wykład na ważnej konferencji. Postanowiła, że zrobi to tym razem inaczej, niż zazwyczaj. Pokażę się z innej strony, niż znają ją ludzie. Zabłyśnie z czymś nowym. Nie udało się. Co prawda wygłosiła wykład do końca, ale nie wzbudził on takiego zainteresowania jak wtedy, gdy mówiła o tym, w czym czuła się najlepiej. Mimo skrupulatnego przygotowania „przedobrzyła”. Chciała lepiej, bardziej, a pojawił się wstyd, lęk i poczucie winy.

 

Andrzej dołączył do wianuszka palących na dachu biurowca. Rozmawiali o szefie i jego ostatnich decyzjach. Nie byli nimi zachwyceni. Dorzucił cyniczny komentarz dotyczący kompetencji szefa do ich rozważań. W tym momencie wszyscy zamilkli, spojrzeli na niego i zmienili temat. Andrzeja wcięło. Do końca papierosa nie odezwał się już słowem, a oni nie czekali na jego wypowiedź.

 

Jola wspierała córkę kuzynki, kiedy ta postanowiła znaleźć pracę w Warszawie. Pomogła wynająć niewielką kawalerkę, zadomowić się w mieście i zorientować w jego aglomeracyjnym funkcjonowaniu. Troszczyła się o nią jak o własną córkę. Kiedy ta, po jakimś czasie, postanowiła zmienić mieszkanie na większe, Jola zaczęła odwodzić ją od tych planów twierdząc, że nie poradzi sobie z utrzymaniem takiego apartamentu. Co rusz dzwoniła z argumentami przeciw i z własnymi pomysłami jak uniknąć pogrążenia się w długach i niewypłacalności. Zaproponowała nawet, by córka kuzynki zamieszkała u niej. W końcu ona nie ma własnych dzieci i kiedyś może odziedziczyć jej mieszkanie. „A co tam! Dziecku trzeba pomóc!” – pomyślała.

Dziewczyna przestała dzwonić. Potem nie odbierała już telefonów od Joli. Nawet przestała się tłumaczyć, że pracuje i nie ma czasu. Po prostu cisza. Nic. Jola była oburzona, bo zamartwiała się o nią, a ta tak się odwdzięczała! Nic z tego nie rozumiała, przecież oddała jej wszystko! Była rozczarowana… Nigdy już nikomu nie pomoże!

 

Te trzy historie są o dawaniu. O dawaniu lepiej, więcej. Dawaniu działania, mówienia (komunikatu), troski. Tylko efekt tego dawania odbiega od tego, o który nam chodzi… chcielibyśmy czuć wdzięczność, uznanie, przyjęcie naszego dawania, a tak nie jest. Nie ma pomnażania, jest pomniejszanie. Nas, naszych zabiegów, naszego zaangażowania. Czemu? Być może dlatego, że błędnie myślimy, że stworzeni jesteśmy jedynie do dawania? Że to jedyny sposób na bycie dobrym, uczciwym i poważanym człowiekiem? Zapominamy o równowadze, balansie, środku, który możliwy jest dzięki przyjmowaniu?

 

Jezus umył nogi swoich uczniów (J 13, 1-15).

W ten sposób pokazał im, że żeby dawać, najpierw trzeba przyjąć.

Trudno nam wyobrazić sobie, żeby ktoś dla nas ważny miał nam obmywać stopy. Chętnie zrobilibyśmy to sami. Chętnie posadzilibyśmy raczej tego Ważnego i to my jemu obmylibyśmy nogi. Położylibyśmy mięciutki dywanik, zrobilibyśmy masaż… A Jezus pokazuje w tej scenie, że nie o to chodzi! Chodzi o to, byśmy powstrzymali się od tej przemożnej chęci zrobienia komuś dobrze, byśmy przyjęli to, co nam ofiaruje drugi człowiek. Przyjmowanie to powstrzymywanie się od nadmiernego dawania. Tylko tyle. Kiedy przestajesz dawać nadmiernie, to zaczynasz przyjmować od innych i wtedy staje się możliwe Twoje dawanie. Ono zaczyna być dawaniem z serca. Dajesz wolność, a to podstawa miłości.

 

Bo, kiedy dajesz nadmierna troskę, zamartwiasz się, to nie przyjmujesz tej osoby, o którą się zamartwiasz takiej jaka jest. Chcesz ją zmienić, być może uchronić, jednocześnie odbierasz jej autonomię, samostanowienie, wybór własnej drogi, która chce podążać.

 

Kiedy dajesz nadmiernie swoje gadanie, słowa, to nie przyjmujesz tego, co być może tamten chciałby powiedzieć? Nie słuchasz tego, co dla niego ważne w tym momencie i być może omija cię coś, co gdybyś usłyszał połączyłoby was bardziej niż twoje mądrości i wywody?

 

Kiedy dajesz nadmiernie swoje działanie, to nie przyjmujesz tego kogoś, którego dotyczy działanie. Nie przyjmujesz jego kompetencji, umiejętności poradzenia sobie, co może w jego oczach wyglądać na pomniejszanie jego wartości, odbieranie godność.

 

Przyjmować to umieć się wycofać, kiedy trzeba. Dać sobie obmyć nogi, otworzyć się na to, że inni są kompetentni, że dadzą radę, że wiedzą. Przyjmować ich godność, człowieczeństwo, wartość. Akceptować ich wolność i autonomię, bez względu na to ile mają lat, jaka jest między nami zależność.

I bez względu na to kim są. Bo przyjmowanie może dotyczyć też nas samych. Dajemy sobie chwilę przyjemności, masaże, zakupy, wycieczki… I nic, albo jedynie na chwilę poprawia się nasze funkcjonowanie. Przyjmijmy najpierw siebie. Takiego jakim, jaką jesteśmy. Dajmy sobie autonomię, ofiarujmy możliwość porażki, wolność wyboru nie tego, który wydaje nam się najlepszą decyzją w życiu. Ale może naszą? Taką głęboko skrywana w sercu? Przyjmijmy, a wtedy naturalnie trafimy do środka. Środka siebie, harmonii, balansu i będziemy mogli zacząć dawać. Z samej chęci dawania, nie dlatego, bo tak trzeba i wypada.

Tym nakarmimy duszę.


Jestem w procesie przyjmowania. Sprawdzam jak powstrzymywanie się od nadmiernego dawania zmienia moje życie w wielu obszarach i na wielu płaszczyznach. Zauważam, że niemało dziedzin, relacji w moim życiu takim nadmiernym dawaniem jest nasączonych. I coraz bardziej, kiedy to zauważam udaje mi się w praktyce zastosować to, do czego zaprasza mnie NVC – do procesu przyjmowania i dawania, w równowadze, harmonii, powtarzalności i ciągłości. Czuję więcej spokoju i pojednania. Więcej dystansu do tego, co się wydarza. Więcej życia w życiu. Takim, jakie jest.

I mimo, że mówię o tym na warsztatach od czterech lat, to dopiero teraz czuję, że wchodzę w to głębiej. I takie jest NVC – nigdy się nie znudzi, zawsze będzie zaskakiwać czymś głębiej, bardziej. Taki ciągły proces karmienia siebie i karmienia innych.

 

Jeśli chcesz praktykować głębiej i bardziej ze mną – napisz do mnie!

Kasia